31 grudnia moja teściowa przestała odbierać moje telefony: poszłam do niej i zastałam otwarte mieszkanie oraz niedokończoną notatkę. – Page 2 – Pzepisy
Reklama
Reklama
Reklama

31 grudnia moja teściowa przestała odbierać moje telefony: poszłam do niej i zastałam otwarte mieszkanie oraz niedokończoną notatkę.

Nic.

Zerknąłem na zegarek na nadgarstku – prezent ślubny od Antona, jego pierwszy prezent dla mnie jako męża i żony. Zatrzymał się tego samego dnia, o 14:23. Nigdy nie oddałem go do naprawy. Nosiłem go jak biżuterię, na pamiątkę dnia, kiedy wszystko dopiero się zaczynało. Czasami wydawało mi się, że czas naprawdę się zatrzymał – gdzieś tam, dziesięć lat temu, kiedy wszystko było jeszcze dobre. Kiedy Zinaida Pawłowna wciąż się do mnie uśmiechała. Kiedy jeszcze wierzyłem, że będziemy przyjaciółmi.

Dziesięć lat. Całe życie.

I przypomniałem sobie, jak wszystko się zmieniło.

***

Zanim się pobraliśmy, Anton dzwonił do mojej mamy codziennie. Każdego dnia. Rano – „Dzień dobry, mamo”. Wieczorem – „Jak się masz, mamo?”. Czasami w porze lunchu – żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Myślałam wtedy: jaki z niego dobry syn. Jakież ona ma szczęście, że ma takiego syna. Mój ojciec odszedł, gdy miałam trzy lata, i dorastałam bez tego – bez codziennych telefonów, bez „Jak się masz, córko”, bez poczucia, że ​​ktoś się o mnie troszczy. A oto dorosły mężczyzna, który nie wstydzi się dzwonić do mamy przy kolegach, przy przyjaciółkach, przy mnie.

Zakochałam się w nim. W jego trosce. W jego niezawodności. W sposobie, w jaki mówił „Mamo” – miękko, ciepło, jakby samo to słowo było czymś cennym.

A potem wzięliśmy ślub.

Przez pierwszy miesiąc nadal dzwonił. Może nie codziennie, ale często. Słyszałam te rozmowy z kuchni, kiedy gotowałam obiad. „Tak, mamo. Nie, mamo. Wszystko w porządku, mamo. Marina? Marina jest tutaj, mówi cześć”. I powiedziałam cześć. Pomachałam i uśmiechnęłam się, mimo że mnie nie widziała.

Potem – rzadziej. Dwa razy w tygodniu. Potem – raz. Potem – raz na dwa tygodnie. Potem – raz w miesiącu i tylko wtedy, gdy mu przypomnę: „Dzwoniłeś do mamy?”. Zbywał to: „Zadzwonię jutro”. Jutro przerodziło się w pojutrze, pojutrze – w przyszły tydzień.

Nie prosiłam go, żeby dzwonił rzadziej. Nie prosiłam go o nic. Po prostu tak wyszło. Praca, codzienne życie, zmęczenie. Wieczorem chcę po prostu posiedzieć cicho na kanapie, obejrzeć jakiś program w telewizji i nie słuchać cudzych rozmów. A Anton jakimś cudem sam przestał. Nie celowo. Nie ze złości. Po prostu przestał.

A Zinaida Pawłowna zadecydowała, że ​​to ja.

Że to ja to uknułam. Że odebrałam jej syna. Że jestem tą „obcą kobietą”, która zniszczyła ich rodzinę.

Nigdy nie powiedziała mi tego wprost. Ani razu przez dziesięć lat nie powiedziała mi prosto w twarz: „To twoja wina”. Ale widziałam to. W jej oczach. W sposobie, w jaki zacisnęła usta, gdy weszłam do pokoju. W sposobie, w jaki powiedziała „Antosha” – cicho, ciepło, z trudem – a potem „Marina” – sucho, formalnie, jakby zwracała się do sąsiadki z naprzeciwka.

Sposób, w jaki nakryła do stołu na święta: najlepszy kawałek dla Antona, resztki dla mnie. Sposób, w jaki dała mu swetry, które sama wydziergała, a mnie pudełko czekoladek z lokalnego sklepu, nawet nie zdejmując metki z ceną.

Drobiazgi. To były drobiazgi. Ale te drobiazgi składały się na obraz. A obraz był jasny: byłem obcym. Byłem wrogiem. Byłem tym, który ukradł jej syna.

Dziesięć lat.

Próbowałem przez dziesięć lat. Przychodziłem w święta – odpowiadała monosylabami. Przychodziłem z prezentami – przyjmowała je bez wdzięczności. Gotowałem jej ulubiony barszcz, kiedy była chora – jadła go w milczeniu, nie patrząc na mnie. Kiedyś zapytałem: „Smaczny?”. Wzruszyła ramionami. „Jadalny”.

Jadalne. Dziesięć lat, a najwięcej, na co zasługuję, to „jadalne”.

I patrzyła przeze mnie, jakbym była pustą przestrzenią. Jakbym nie istniała. Jakbym była tylko meblem, który jej syn z jakiegoś powodu przywlókł do domu.

A jednak, w każdy Nowy Rok dzwonię do niej i zapraszam. Bo to konieczne. Bo jest matką mojego męża. Bo nie chcę być osobą, za którą mnie uważa. Nie chcę dawać jej powodu do powiedzenia: „Widzisz, Antosha? Nawet nie zadzwoniła. Mówiłam ci – ona cię nie kocha. Rozstała się z nami”.

Wybrałem numer ponownie. Sygnał dźwiękowy. Cisza.

Coś było nie tak. Czułem to w całym ciele – dreszcz na plecach, ciężar w piersi. Zinaida Pawłowna może mnie nie kochała. Może mnie nienawidziła. Ale zawsze – zawsze! – odbierała telefon. Zawsze.

Spojrzałem na ekran. Siedem nieodebranych połączeń. Wszystkie moje.

Kiedy Anton wrócił o szóstej, stałam już ubrana na korytarzu.

„Dokąd idziesz?” Potarł grzbiet nosa. Zawsze tak robi, gdy jest zdenerwowany lub czuje, że za chwilę rozpocznie się nieprzyjemna rozmowa.

– Do twojej matki. Nie odpisała cały dzień.

– Cały dzień? Dzwoniłeś do niej cały dzień?

– Od lunchu. Chyba z dziesięć razy.

Zmarszczył brwi. Zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku.

– No i co? Może wyszła na spacer. Może poszła odwiedzić koleżankę.

– Ona zawsze odpowiada.

„Marin, nie zachowuj się jak dziecko. To dorosła kobieta. Sześćdziesiąt cztery lata, nawiasem mówiąc. Całe życie żyła bez naszego nadzoru”.

Spojrzałam na niego. Stał w drzwiach, zmęczony po zmianie, z siwiejącymi włosami na skroniach, które z każdym rokiem stawały się coraz gęstsze. Jego brązowe oczy były jak u matki. Ten sam krój, ten sam kolor, ten sam nawyk mrużenia oczu, gdy coś mu się nie podobało.

I zdałam sobie sprawę, że on nie pójdzie. Nie dlatego, że mnie nie kochał. Nie dlatego, że mu na mnie nie zależało. Po prostu nie chciał zepsuć imprezy. Nie chciał problemów. Nie chciał myśleć o złych rzeczach ostatniego dnia roku.

– Pójdę i sprawdzę.

Wzruszył ramionami. Poszedł do kuchni i otworzył lodówkę.

„Jak sobie życzysz. Tylko nie za długo – nasza sałatka Olivier jeszcze nie jest gotowa. A śledź pod futrem wciąż wymaga dokończenia”.

Zapiąłem kurtkę i wyszedłem.

***

Do jej mieszkania z czasów Chruszczowa minibus jedzie czterdzieści minut. Godzina szczytu, ludzie wracają z pracy do domów, tłocząc się w wagonie jak sardynki. Stałam przy oknie, trzymając się poręczy i obserwując przepływające witryny sklepowe, udekorowane girlandami. Nowy Rok. Święto. Wszyscy się radują, kupują prezenty, spieszą do domów, do choinki, do stołu, do swoich rodzin.

A ja jechałem do kobiety, która mnie nienawidziła. Jechałem, bo nie mogłem się powstrzymać. Bo to uczucie – dreszcz na plecach, ciężar w piersi – nie chciało odejść.

Minibus podskakiwał na wybojach. Latarnie uliczne migały, a od czasu do czasu w reflektorach migotał płatek śniegu. Normalna zima – niezbyt mroźna, niezbyt śnieżna. Pięć stopni poniżej zera, nie więcej.

Wysiadłam na znajomym przystanku autobusowym. Pięciopiętrowy budynek był szary, ponury, z łuszczącym się tynkiem. Budynek z czasów Chruszczowa, wybudowany w latach sześćdziesiątych. Zinaida Pawłowna mieszkała tu całe życie – najpierw z mężem, potem sama. Po śmierci Pawła Nikołajewicza sześć lat temu odmówiła przeprowadzki. „To mój dom” – powiedziała. „To moje wspomnienia. To Pasza”.

Piąte piętro, bez windy. Wspinałem się, licząc stopnie, tak jak liczyłem je już setki razy. Osiemdziesiąt cztery. Osiemdziesiąt cztery stopnie do kobiety, która mnie nienawidzi.

Na trzecim piętrze pachniało kotami. Na czwartym smażonymi ziemniakami. Na piątym ciszą.

Zatrzymałem się przed jej drzwiami. Były to proste drewniane drzwi, obite brązową skórą ekologiczną. Numer mieszkania był mosiężny, pociemniały od upływu czasu.

Zapukałem. Cisza.

Zadzwoniłem dzwonkiem. Cisza.

– Zinaido Pawłowno! – podniosłam głos. – To Marina!

Nic. Żadnych kroków, żadnych głosów, żadnego dźwięku z telewizora.

Smukłe palce zacisnęły się na rączce mojej torby. Serce waliło mi gdzieś w gardle – szybko, głośno. Nie rozumiałam, dlaczego tak się martwiłam. Cóż, nie chciała otworzyć. Cóż, nigdy nic nie wiadomo. Może naprawdę gdzieś poszła. Do sąsiada. Do sklepu. Na spacer – uwielbiała spacerować wieczorami, mówiła, że ​​to dobrze robi na serce.

Ale coś popchnęło mnie do przodu. Złapałem za klamkę – tak po prostu, odruchowo, bez namysłu – i pociągnąłem.

Drzwi się otworzyły.

Zamarłem. Moja ręka pozostała na klamce, a stopy wrosły w podłogę.

Zinaida Pawłowna nigdy – nigdy! – nie zostawiała drzwi otwartych. Zamykała je nawet, gdy wynosiła śmieci na korytarz. „To są czasy” – powiedziała – „kiedy nie można się zrelaksować. Złodzieje tylko czekają, aż się odwrócisz”.

Przypomniałam sobie, jak kiedyś zapomniała kluczy w domu, kiedy wyszła po chleb. Musieliśmy wezwać ślusarza. Nie mogła się uspokoić przez tydzień: „Jak mogłam? Jak?”. Od tamtej pory miała swój system: klucze zawsze nosiła na szyi, na smyczy. Nawet w domu.

A potem drzwi się otworzyły. Tak po prostu. Bez powodu.

– Zinaida Pawłowna?

Głos brzmiał ochryple. Odchrząknąłem i wszedłem do środka.

W korytarzu paliło się światło. Z sufitu zwisała przyćmiona żarówka, pokryta warstwą kurzu. Na wieszaku wisiał jej płaszcz – ten sam zimowy płaszcz, granatowy, z dużymi guzikami. Nosiła go każdej zimy, odkąd ją znałem. Jej buty stały przy drzwiach – czarne, na niskim obcasie, z małą plamą soli na palcach.

Jest w domu. Powinna być w domu. Płaszcz jest tutaj, buty są tutaj – to znaczy, że nie wyszła. Nie mogła wyjść. Nie w kapciach, oczywiście.

– Zinaida Pawłowna!

Głos stawał się coraz głośniejszy, coraz bardziej natarczywy. Echo odbijało się od ścian i rozpływało w ciszy.

Nikt.

Weszłam do pokoju. Był mały, jakieś piętnaście metrów – standard dla mieszkania z czasów Chruszczowa. Kanapa przykryta kraciastym kocem. Fotel ze zniszczonymi podłokietnikami. Stara kredens z kryształowymi szklankami za szkłem – spadek po matce. Telewizor był wyłączony, ekran ciemny.

Na stole stoi niedopita filiżanka herbaty. Dotykam jej – jest zimna. Nie tylko zimna, ale zimna, o temperaturze pokojowej. To znaczy, że stała tam już jakiś czas. Co najmniej kilka godzin.

I telefon.

Telefon.

zobacz więcej na następnej stronie Reklama
Reklama

Yo Make również polubił

Test Poznaj Siebie: Sposób, w jaki trzymasz telefon, ujawnia ukryte cechy Twojej osobowości

Jeśli trzymasz telefon jedną ręką i używasz palca wskazującego drugiej ręki do przewijania lub pisania, Twoje cechy osobowości ujawniają, że ...

Dlatego słyszysz wibrację telefonu, ale gdy sprawdzasz: nic się nie dzieje

Ale nie martw się, zjawisko to jest bardzo powszechne: amerykańskie badanie przeprowadzone na grupie studentów wykazało, że prawie 90% z ...

To niebezpieczne jedzenie powoduje śmierć 200 osób rocznie

Owoc gwiaździsty: gwiazda obosieczna Pomimo niegroźnego wyglądu karambola może być śmiertelna dla osób cierpiących na choroby nerek. Ten piękny i ...

Większość ludzi o tym nie wie.

2. Jak klimatyzatory wpływają na Twoje zdrowie Chociaż klimatyzatory zapewniają komfort, nadmierne ich używanie może mieć również negatywny wpływ na ...

Leave a Comment