Zatrzymał się. Potarł grzbiet nosa – znowu ten gest. Siwe włosy na jego skroniach wydawały się srebrne w świetle kuchennej lampy.
„Może z ubezpieczenia społecznego” – powiedział niepewnie. „Albo z przychodni. Od miejscowego lekarza albo pielęgniarki”.
– Z ubezpieczenia społecznego? 31 grudnia? O jedenastej rano?
Wzruszył ramionami i odwrócił wzrok.
„Marin, dlaczego panikujesz? To dorosła kobieta. Kto wie, dokąd poszła. Zadzwoni i mi powie”.
– Ona nie zadzwoni. Telefon jest nadal w domu.
– No to wróci i zadzwoni.
Spojrzałam na niego i nie poznałam. To była jego matka. Jego biologiczna matka. Kobieta, która go nosiła, karmiła, wychowywała, dzwoniła do niego codziennie – a on siedział tam, krojąc sałatkę Olivier i mówiąc: „Kto wie, gdzie ona jest”.
„W ogóle się nie martwisz?” – zapytałem cicho.
Westchnął. Odłożył nóż na deskę. Spojrzał na mnie – w końcu na mnie spojrzał.
– Martwię się. Oczywiście, że się martwię. Ale co mogę zrobić? Policja kazała nam czekać, więc czekamy. Jest dorosła. Zawsze była dorosła. Da sobie radę. Zawsze sobie radziła.
Zatrzymał się.
„Wiesz, kiedy mój ojciec zmarł, myślałam, że się załamie. Myślałam, że to koniec. Byli razem ponad trzydzieści lat. Całe życie. Ale ona… wzięła się w garść. Sama wszystko zorganizowała – pogrzeb, stypę, papierkową robotę. Sama. Ani razu nie poprosiła o pomoc”.
„Ona jest silna” – powiedziałem.
– Dokładnie. Silna. Da sobie radę. Zawsze sobie radziła.
Nie odpowiedziałem. Wstałem i wyszedłem z kuchni. W pokoju panowała cisza. Choinka stała w kącie – mała, sztuczna, z girlandą i kilkoma bombkami. Udekorowaliśmy ją wczoraj. Wczoraj – całe wieki temu.
Telefon mojej teściowej był w mojej torbie. Wziąłem go z mieszkania – nie wiem po co. Może liczyłem na znalezienie jakiejś wskazówki. Może po prostu chciałem coś zrobić – cokolwiek, zamiast siedzieć i czekać.
Wyjąłem go. Prosty telefon z przyciskami, czarny, z dużymi przyciskami. Ekran zgasł – nacisnąłem przycisk i telefon się włączył.
Siedem nieodebranych połączeń. Wszystkie ode mnie.
Wszedłem w kontakty. Anton. Przychodnia. Apteka. Sąsiadka Larisa – pewnie ta zza drzwi z rybą. Jeszcze kilka imion – żeńskich, nieznanych. I jeszcze jedno.
Gena.
Tylko Gena. Bez nazwiska. Bez notatek. Bez „pracy”, „lekarza” i „sąsiada”.
Nigdy nie słyszałem, żeby Zinaida Pawłowna wspominała kogoś o imieniu Giena. Ani razu przez dziesięć lat. Ani na przyjęciach, ani w rozmowach, ani nawet mimochodem. Ani jednej Gienie.
Kto to jest? Krewny? Przyjaciel? Znajomy?
Ten sam człowiek, którego widział sąsiad?
Jej smukłe palce zacisnęły się na telefonie. Serce znów podskoczyło jej do gardła – szybko, głośno. Dokładnie tak jak wtedy, na podeście, przed drzwiami.
Spojrzałem na zegarek na nadgarstku. Czternasta dwadzieścia trzy – wskazywał tę godzinę od dziesięciu lat. Wskazówki zamarły, sekundnik nieruchomy. Czas, który się zatrzymał.
Ale nie mogłem przestać. Nie teraz. Nie wtedy, gdy gdzieś tam – nie wiadomo gdzie – znajdzie się kobieta, która mnie nienawidzi. Kobieta, która napisała: „Wybacz mi wszystko” i nie dokończyła. Kobieta, która ma w telefonie jakąś Genę, o której nikt nie wie.
Kliknęłam na imię „Gena”. Na ekranie pojawił się numer – zwykły numer miejski z lokalnym kodem kierunkowym.
Jutro, pomyślałem. Jutro zadzwonię. Rano. Kiedy odpocznę. Kiedy się uspokoję.
NIE.
Nie jutro.
Teraz.


Yo Make również polubił
Napój, który w wieku 73 lat uwolnił mojego ojca od flegmy, suchego kaszlu, zapalenia zatok, zapalenia oskrzeli i bólu gardła
Użyj kilku składników, pomogą Ci pożegnać się z dużymi porami
Mój mąż odmawiał zdejmowania długich rękawów przez całe lato – wtedy nasza córka ujawniła sekret, który skrywał
Jak zrobić odżywkę rozmarynową, która przyciemni włosy i zapobiegnie ich wypadaniu